Niedzielny wieczór nie należał do
najciekawszych, bo musiałam się czymś zatruć i miałam
problemy... Ale rodzina była bardzo pomocna, zaparzyła mi miętę,
dała lekarstwa i szybko poczułam się lepiej :)
Poniedziałek spędziliśmy poza domem.
Nie wiedziałam gdzie jedziemy, bo Marty akurat nie było w domu i
tłumaczył mi to Juan, a Go czasami ciężko zrozumieć, albo nie
wie jak coś powiedzieć.
Byliśmy najpierw na jednej z
kilkunastu plantacji należących do rodziny.
Ricardo pokazał mi wszystko i starał
się po krótce opowiedzieć, gdzie jaki owoc, w których miesiącach
dojrzewa i kiedy są zbiory.
Widziałam plantacje winogron (białych
i czerwonych), cytryn, pomarańczy, mandarynek i wielu innych owoców
typowych dla Hiszpanii, których nie spotyka się raczej w Polsce.
Oto zdjęcia:
Następnie udaliśmy się do wielkiego
centrum handlowego w Murcji, gdzie najpierw byliśmy na obiedzie, w
bardzo ciekawej restauracji. Kelnerzy podchodzili do stolików z
różnymi rodzajami mięsa na specjalnych kijach i odkrajali część.
Było wiele rodzajów mięsa, ale mi jak zwykle najbardziej smakował
kurczak.
Następnie przez 2/3h razem z Martą
chodziłyśmy po sklepach. W primarku byłyśmy chyba 2 razy. A tak
to sklepy z biżuterią, z zabawkami:P Galeria handlowa jak galeria
handlowa :) jedyne co mi się podobało to właśnie fakt, że był
primark oraz sklep disneya <3
A dziś mijają już 2 tygodnie odkąd estem w Hiszpanii. I tak stwierdzam, że wcale nie jestem jakoś
bardzo opalona, bo tu są takie upały, że ucieka się od słońca.
Większość czasu spędza się w cieniu albo w wodzie.
Pozdrowienia dla Bugałki :*
i całego flashbacku <3